gdy on przyjdzie, kolejny raz otworzy drzwi bezbarwnych historii i bezradnie podniesie przechyloną do przodu głowę, nabrzmiałą od – ścieżek, rozwidleń, zaułków – bezkształtnych, pełzających potworów mozolnie wnikających w głąb organizmu – myśli, a potem zostanie przy tobie, przy mnie do rana, by rany zszywać, skrupulatnie zabliźniać, goić, otwierając je w każdej, przeklętej, godzinnej minucie nocy. on – ten moment – męski rodzajnik każdej płci cierpień, obaw, lęków. wiem, że gdy przyjdzie to zapragnę – jestem więcej niż pewna, że to coś więcej niż zwykłe pragnienie chociażby napojenia – po raz wtóry umrzeć, by podczas wschodu – krótkiego, zroszonego uwięzionymi w pułapkach ludzkimi wątpliwościami w samych siebie, a zarazem we wszystko bez nich, które zostały schwytane w sieć momentu – zbudzić się z letargu. najlepiej bezboleśnie, niemo, jak gdyby nigdy nic, by znów odnowić wiarę, że zawsze coś tak jak i swój początek posiada i swój koniec – stumilowy koniec sekundowego początku. nieujednolicona walka o przetrwanie cienkiej myśli życia, nieuchwytnie – podczas tego momentu – wspaniałego. i zawsze, gdy sądzę, że to koniec, że tylko pustka, że wylany kubek nadziei, że potłuczone lustro z czarnym kotem na jezdni, że strach, że więcej nic, że mniej niż cokolwiek, że upadek ostateczny, że siwa broda, dojrzewającego podbródka – przekonuję się, że jednak nie, że oksymoron, że antonim, że toczymy koło, kulkę… ja zwijam się w kulkę. pod kołdrą. i szukam wejścia do krainy czarów, gdzie biały królik nie martwi się o czas bo zgubił zegarek, nie boi się mnie bo jestem tylko poplątanymi receptorami czucia i przede wszystkim nie zna tego momentu bo ten moment nie istnieje w wymiarze drzwi wielkości dziurki od klucza. ale wtedy orientuję się, że klucz zgubiłam, pozwalając uciec spod powiek pierwszej kropli, budzącej – przestrzeń, każdą ulokowaną komórkę i wymiar czeluści, ograniczonej moją czaszką – do życia. błąd nieunikniony, skreślony – napisany niepoprawnie – syzyfowy. błąd, gustujący w deptaniu mi po piętach. mój błąd nieprzespanych godzinnych minut nocnych…
moment. parę niejednostajnych westchnień losu w drodze po utracony oddech. wdech brakujących woni ubrań, wydech przepełniony subtelnością zapachu twojej szyi. zabrakło chęci, ciebie w tobie. niewinnie i jednoznacznie przesiąkłam wilgotnością słów, wydmuchiwanych wraz z odrzucającym ich znaczeniem spod podniebienia, spod języka, spod poziomu. za późno. utracona siła poszukuje chętnej nadziei, bliskiego ja, Dystansie, list oczekuje na twoją dłoń na tej spranej, dziurawej, czarnej wycieraczce… nie przychodź, nie odchodź, zostań. to jest punkt. nieznaczne zagubienie siebie zrekompensowane zostało faktem odnalezienia świadomości. i już wspinam się. ten widok u góry dosięga wierzchołka promieni słonecznych, piedestału chmur, przejrzystości mgły. ja też to widzę. zwłaszcza ja to widzę. na dostrzeganiu się nie kończy. teraz pełna mobilizacja, by móc stwierdzić, że się było świadkiem. tak niewiele czasu. ta minuta już minęła, a wyraz został wypuszczony spod kwadratowych, wypukłych literek klawiatury. klatka stop. ujęcie życia, które zamierzam pochłonąć, nasiąknąć nim, niech i włosy od niego się napuszą. cera nawilży. niech wszystko.
dążenie do stwierdzenia samo w sobie jest tym stwierdzeniem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz